Pożegnanie z Sylvio.

Boski Sylvio, ojciec narodu odchodzi, jak się wydaje, pomiędzy zatęchłe karty historii. Dla Polski jest to cios tym boleśniejszy, że traci postać tak wybitnie zasłużoną dla naszego kraju: kawalera Krzyża Wielkiego Orderu Zasługi Rzeczypospolitej, które to odznaczenie, nadane mu w 2002 przez prezydenta Kwaśniewskiego dzieli z innymi serdecznymi przyjaciółmi Polski, takimi jak Jacques Chirac czy Hosni Mubarak.

Na ulicach włoskich miast radość a i większość Europejczyków powiedziałaby, że to radosna wieść: koniec wielkiego obciachu w europejskiej polityce. Oby jednak nie zdarzyło się tak, że za kilka miesięcy czasy Boskiego Sylvio będą się wszystkim jawić, jako okres zapomnianej już stabilizacji.
Pomijając iście cesarski styl sprawowania władzy i tytuł, niekwestionowany nigdzie, europejskiego króla obciachu, trzeba jednak być świadomym innych aspektów dziesięcioletniej władzy Berlusconiego. Nie raz zdarzało mi się zagadywać moich włoskich znajomych o wielkiego maczo Europy i spotykałem się ze skrajnie różnymi reakcjami: od ekstremalnego zażenowania do jawnych wyznań, że popierali go w wyborach (to drugie miało już jednak ostatnio charakter coming-outu).

Gdyby jednak Sylvio popierany był wyłącznie przez doły społeczne, nigdy nie osiągnąłby takiego sukcesu politycznego. A jednak głosowało na niego wielu, spośród wykształconych Włochów. Przestaje być to jednak dziwne, jeśli rzucimy okiem wstecz, na czasy poprzedzające jego rządy. W latach powojennych średni czas trwania gabinetu wynosił ok. 1 roku. Od lat sześćdziesiątych do końca siedemdziesiątych zanotowano ok. 2000 zabójstw politycznych: czasy te otrzymały symboliczną nazwę "epoki (lat) ołowiu". Na początku lat dziewięćdziesiątych, na fali publicznych dochodzeń w sprawie powiązań polityków z mafią wyparowały główne dominujące od wojny ugrupowania polityczne: socjaliści i chadecja, otwierając tym samym drogę dla nowych bytów politycznych, takich jak choćby separatystyczna Liga Północna. Wtedy właśnie pierwsze próby ratowania osieroconego narodu podjął posiadacz połowy kraju (potentat medialny Finivest, Bank Medilanum,  klub AC Milan, ogólnokrajowa sieć supermarketów Standa i inne) - Sylvio.

 

Początki były jednak trudne. Pierwsza przygoda z premierowaniem trwała dla Sylvia mniej niż rok, gdyż tradycyjnie niestały partner Liga Północna wycofała poparcie dla rządu. O stabilności ówczesnego systemu świadczy fakt, że późniejszy, trzeci co do długości sprawowania władzy w powojennych Włoszech rząd Romano Prodiego przetrwał zaledwie 2 lata. Cóż to były jednak za czasy: co parę dni wybuch bomby, co chwilę kolejne zdjęcia polityka wyprowadzanego w kajdankach, ale jak na przekór wszystkiemu rosnąca siła ekonomiczna kraju. Na kłopoty Bednarski - tak w skrócie określić można źródło długoletniej władzy Sylvio. Osiągnął niewątpliwy sukces: jego rząd wytrwał pełne 5 lat od roku 2001, przechodząc tym samym do księgi Guinessa, jako najdłużej miłościwie panujący rząd włoski po Wojnie. Kiedy po kolejnych wyborach przez chwilkę myślano, że można rządzić bez Sylvia, znów zaowocowało to politycznym rozbiciem i koniec końców wezwano na pomoc Jego. I po tym wszystkim naród zdaje się zapominać o swoim wybawicielu.
Trzeba powiedzieć, że choć z powodu kryzysu Włochy wpadły w niezłe tarapaty, to bilans rządów Króla Obciachu nie jest taki jednoznaczny: zlikwidował powszechną służbę wojskową, podniósł minimalny wiek emerytalny, zreformował szkolnictwo, przeprowadził kilka kluczowych dla kraju robót infrastrukturalnych (np. budowa mostu między Sycylią a półwyspem). No a przy tym wszystkim znalazł czas na pisanie ballad (wydanych w 2006) i królewskie przyjęcie Mirka Topolanka na imprezie na Sardynii. Renesans.
Kolejne rządy będą musiały się zmierzyć nie tylko z gigantycznym deficytem, dużym zadłużeniem, ale także z problemem niewydolnego sądownictwa (co najmniej 2 razy wolniejszego od polskiego), i problemem bezrobocia, częściowo maskowanym przez obecny, całkiem nieefektywny, patologiczny system przyznawania zasiłków i pomocy społecznej. Żeby temu podołać nie wystarczy ekonomista - technokrata, trzeba polityka dużej klasy. Któż zatem po tobie, Sylvio?
Mam dziwne przeczucie, oby nie, dla Włoch, że już niedługo Italia, a może i nawet Bruksela zatęskni za ostatnim już chyba człowiekiem renesansu na dworach Europy.

*Niewątpliwego uroku zdjęcia pochodzą z wiekopomnej pozycji albumowej "Noi Amiamo Silvio" (Kochamy Sylvia).

1 komentarz:

  1. Ciekawe, że do Silvio epitet "boski" wręcz sam się przykleja. Stawiamy go bez oporów w jednym rządku z niezapomnianymi Neronem, Kaligulą Tyberiuszem, choć także i z Markiem Aureliuszem, czy Trajanem.... No, ale zasłużył, iście imperialnym rozmachem. A Roma aeterna est, in saecula saeculorum.

    OdpowiedzUsuń