Trochę Włochom odbiło.

Postanowiłem ostatnio przyglądnąć się wzrostom cen karnetów w ciągu ostatnich lat. Wychodzi na to, że Włosi naprawdę lekko przegięli, choć na szczęście nie we wszystkich regionach:
Poniżej porównanie cen sprzed 2 lat i obecnych. Karnety 6 dniowe, najczęściej wybierane przez polskich narciarzy, ceny w wysokim sezonie:
Dolomiti Superski (1 karnet na 12 stacji narciarskich, największy obszar w Włoszech i chyba w Europie objęty wspólnym karnetem, ok. 1250 km tras)
2009/10: 225 euro
2011/12: 241 euro – wzrost o ok. 9%
Super Skirama (1 karnet na wszystkie stacje w rejonie Val di Sole: Marilleva/Folgarida, Tonale/Adamello, Madonna di Campiglio, Pinzolo, Paganella i kilka mniejszych stacji, w sumie ok 380 km tras)
2009/10: 203 euro
2011/12: 235 euro – wzrost o ok. 16%
Alta Valtellina (Livigno, Bormio, Isolaccia, St. Caterina, w sumie ok 200 km tras)
2009/10: 185 euro
2011/12 223 euro – wzrost o ok. 21%
Dla porównania, inflacja w strefie euro wyniosła w tym czasie nieco ponad 5%. Trzeba nazwać sprawy po imieniu: grubo Włosi pojechali. Daję głowę, że gdyby zapytać zarządy konsorcjów narciarskich o powody, to w wytłumaczeniu pojawiłaby się mantra o cenach prądu. Miałem też okazję rozmawiać ostatnio z osobami odpowiedzialnymi za marketing w Val di Sole i usłyszałem, że głównym powodem podwyżek są ogromne inwestycje w wyciągi. To prawda, inwestycja łącząca Pinzolo z Madonną di Campiglio to gruba sprawa. Jednak, jeżeli producent ulepszy swoją pralkę czy telewizor, to nie po to, żeby kasować więcej, tylko po to, żeby klienci nie odeszli do konkurencji.
Co ciekawe, konsorcjum Superskirama faktycznie zamknęło zeszły sezon na duuużym minusie i w efekcie został ustanowiony państwowy zarząd komisaryczny. Oczywiście, bez względu na wyniki finansowe wyciągi będą jeździć dalej, bo to podstawa bytu regionu. Ale biorąc pod uwagę, że ruch turystyczny minimalnie wzrósł a ceny poszły w górę już w poprzednim sezonie, to jedynym wytłumaczeniem tych wyników finansowych jest włoska organizacja pracy.
A może po prostu ten biznes generuje takie koszty, że inaczej się nie da?
Da się. W Włoszech np. Vialattea (Sestriere) nie zmieniła cen od 3 lat: 180 euro kosztuje karnet na 400 km tras.
Przypatrzmy się też Austriakom:
 Ski Amade (5 wielkich ośrodków, w sumie 860 km tras)
2009/10: 196 euro
2011/12: 210 euro – wzrost 7%
Kitzbuhel- All Star Card (10 wielkich ośrodków, w tym Kitzbuhel-Kirchberg, Saalbach, Kaprun-Zell am See, w sumie ok 1080 km tras)
2009/10: 211 euro
2011/12: 224 euro – wzrost ok. 6%
Zillertal (wszystkie ośrodki doliny wraz z lodowcem Tux, w sumie ok. 640 km tras)
2009/10: 193 euro
2011/12: 205 euro – wzrost ok. 6%
Sprawdziłem, ceny elektryczności są we Włoszech minimalnie niższe niż w Austrii. Może zatem jednak organizacja i koszty pracy? Nie wchodząc w szczegóły, z moich rozmów wynika, że patologie dotyczące zatrudnienia są tak daleko posunięte, że na tym tle sytuacja w Polsce to prawdziwa Ameryka. Z resztą nie pierwszy raz mam wrażenie, że wiele spraw stoi w Italii na głowie bardziej niż u nas (np. sądownictwo).
No i co z tego wynika? Myślę, że na razie nic, na razie różnice między Włochami a Austrią nie są na tyle duże, żeby znacząco wpływały na decyzje narciarzy. Ponadto, biorąc pod uwagę ceny noclegów Włochy są tańsze od Austrii i wyższe ceny karnetów nie niwelują tej różnicy. W dłuższej perspektywie takie podwyżki mogą się jednak Włochom odbić czkawką. Zachęcam w tej sytuacji, aby dokładnie przemyśleć plan wyjazdu, gdyż w sprzedaży dostępne są także karnety mieszane np. Fiemme 4 dni, 2 dni Dolomiti Superski, tańsze i znacznie bardziej sensowne dla wielu programów narciarskich. Wiele karnetów jest także dostępnych przez stronę Wygoda Travel ze zniżkami, które częściowo niwelują wzrost cen (w Aoście jest to aż 60 e zniżki). Ponadto, możemy zdecydować się na jeden z mniejszych, a dobrych ośrodków narciarskich, gdzie ceny karnetów są znacząco niższe, o czym będę jeszcze pisał.
No i na koniec cymes: oczywiście najdrożej jest u nas. Jedyny wysokogórski ośrodek narciarski – Kasprowy - umożliwia jazdę za 90 zł dziennie (Goryczkowa albo Gąsienicowa), do tego wyjazd kolejką za ok 40 zł. W sumie 780 zł za 6 dni jazdy (jakieś 180 euro). A to wszystko za 2,6 km (!) tras (Goryczkowa) + wątpliwa przyjemność zjazdu leśną nartostradą (ok. 4 km). Niewiarygodne.

5 komentarzy:

  1. Ha, nie bez kozery jeden z najbardziej dotkliwych strajków nazwano "włoskim"... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Z tym Kasprowym to może nawet lepiej... W końcu Tatry w porównaniu z Alpami są malutkie - 40 km grani to tyle, co średniej wielkości dolina w Alpach. Szkoda byłoby ten unikat, jakim są nasze góry, zadeptać... Więc na narty, jeśli chcemy gór większych, niż oferuje Białka czy Szczyrk, to tylko w Alpy.

    OdpowiedzUsuń
  3. "W sumie 780 zł za 6 dni jazdy (jakieś 180 euro). A to wszystko za 2,6 km (!)tras..." hehe:) + tłumy oczekujących na wjazd kolejką = bezcenne;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dlatego dziwi mnie to co Polacy widzą w Dolomitach. Za cieplo, trasy krótkie plus wiecznie oblegana Sella Ronda z ilością narciarzy jak na marszałkowskiej w godzinach szczytu.

    OdpowiedzUsuń
  5. Oblegana Sella Ronda?Byłam w tym roku w lutym w wysokim sezonie, uwazam że kolejek praktycznie NIE było, zdarzało się czekać 2 minuty :) ale może tak wygląda ruch na Marszałkowskiej? Nie wiem, omijam naszą stolicę jeśli tylko mogę....

    OdpowiedzUsuń